Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twory insze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twory insze. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 stycznia 2012

Black Sun

Under the sign of Black Sun we go for tomorrow

Black Sun is shining over our realm
It shines both dark and cold

No man shall stand its lethal rays
No man shall remain alive

We go for tomorrow that is concealed
To kill and to dance on the graves
You don’t know what Black Sun will bring to you
But we know and we cheer at that.

wtorek, 10 stycznia 2012

Andrew MacLaughlin

Andrew MacLaughlin
Lat 27
Urodzony w Aberdeen
Absolwent Uniwersytetu w Glasgow
Dezerter Special Air Service
Potrzebny specjalny dozór
Lakoniczne dane. Człowiek obdarty z osobowości, ograniczony do tabel i uwag. Notatek. Utrzymany przy życiu jedynie dla zadania, które ma wykonać, a którego nikt z czystym kontem wykonać by nie mógł. Czy nie chciał, raczej. Co prawda idzie za nim obietnica wyczyszczenia kartoteki, przywrócenia na łono społeczeństwa, które jak kochająca matka przyjmie i włoży pierścień swój na palec… ile jednak są warte ich obietnice? Gdyby za każdą niedotrzymaną przez władzę obietnicę dać nowe życie wszystkim tym brzuchatym dzieciom z Afryki, nie starczyłoby miejsca na domy. Wierzyć w nie? Nie da się takiej wiary nazwać nawet naiwnością. Co jednak ma zrobić człowiek postawiony przed brakiem wyboru? Nie dokona przecież, do cholery, wyboru. Może co najwyżej czekać na wyrok, a wyrok zawsze jest ten sam, choć brzmi zazwyczaj różnie. Zawsze ma jednak ten ponury, ostateczny charakter. Nie ma różnicy, czy wykonany zostanie przez jednego człowieka, czy przez bandę psów. Czy katem będzie ktoś obcy, czy skazany. Wyrok jest wyrokiem, a z każdym dniem jego wykonanie coraz bliższe.
Kiedyś lubiłem wierzyć w różne bzdury. Ideały, wartości, cele. Jaki może być cel w życiu człowieka? Jeden jest Cel, jest to cel wspólny i w każdym przypadku zostanie osiągnięty. Choć, przyznać trzeba, różnymi środkami. Jedynym pewnikiem ten cel jest. A wartości? Śmiech. W obliczu Celu wszelkie wartości okazują się być bez znaczenia. Ideały. Kto dziś wierzy w ideały? Kto przy zdrowych zmysłach, w świecie ogarniętym żądzą władzy, żądzą starą jak ludzkość, jest w stanie z czystym sumieniem stwierdzić, że wierzy w ideały? Głupiec albo młokos. Nie byłem głupcem, nie uwierzę w to. Byłem na to za młody, co przywodzi nas do pięknej konkluzji: byłem młokosem. Młokosem, który naoglądał się za dużo filmów i naczytał za dużo książek. Tak, czytałem książki. Byłem jednym z tych, którzy powinni byli być zamknięci w klasztorze, czyż nie? Jeśli to będzie rekompensatą, piłem. Piłem niewiele, bo i głowy mocnej nie miałem. Nie lubiłem pić, piłem jednak co dzień. Nienawidziłem się za to, co robiłem pijany, nienawidziłem tego, jak się czułem następnego dnia. Na początku. Przez pierwsze dwa lata. Przez cztery kolejne nie było żadnego „następnego dnia”. Lubiłem jednak ten stan, kiedy po którejś z rzędu, z czasem coraz późniejszej, szklance litery w książce zlewały mi się w jedną masę, a ja wkraczałem do świata przedstawionego. Nie istniała rzeczywistość, w której żyć musiałem na co dzień.
W końcu jednak skończyłem. Poszedłem do wojska. Okazałem się niezły, więc po dwóch latach wzięli mnie do Specjalnych. Tam jednak nie wytrzymałem. Uciekłem po pół roku. Jaki jest sens robienia indywidualnej maszyny do zabijania, potrafiącej dać sobie radę w każdej sytuacji – a mimo to uzależnionej od dowódcy? Żyłem wtedy marzeniami, chciałem wierzyć w jednostkę, choć powoli docierało do mnie, że jednostka w tym paskudnym świecie nie znaczy nic nie dlatego, że chcą, żeby tak było, tylko dlatego, że masa, przytłaczająca masa jednostek tego chce. Pół roku w SAS wystarczyło, żebym nauczył się wystarczająco dużo do przeżycia, a nie zrobiło ze mnie idioty. Uciekłem w pełnym ekwipunku. Do Szkocji. W góry. Na początku chciałem organizować partyzantkę, siły zbrojne, cokolwiek, by utworzyć mały, niezależny kraik. Szybko połapałem się, że to bzdura. Raz – z powodu olbrzymiej siły wroga. Dwa – z powodu idiotyzmu potencjalnych współwalczących. Bo i rządzić nie chciałem, chciałem kraju, w którym każdy sam sobie byłby panem – co udać się nie mogło. Uciekałem wiec znowu. Do Kanady. Wciąż Korona, rozległy to jednak kraj i byłbym samowystarczalny. Samowystarczalny młokos, jak to brzmiało dumnie. Miałem dwadzieścia pięć lat, dwuipółroczne szkolenie wojskowe za sobą i skończone trzyletnie studia na jakimś „prestiżowym” kierunku.
Było oczywiste, że wpadnę. Wpadłem miesiąc po zakwaterowaniu się. Poszedłem do miasta, wieści mi się zachciało. Pech, że akurat na wszystkich okładkach było moje parszywe lico. Podobno złamałem kilka przepisów, coś ukradłem, kogoś zabiłem. Prawdopodobnie sporo z tego było prawdą. Na pewno ukradłem łódź, którą dopłynąłem do Grenlandii. Porwałem też samolocik na ostatni kawałek drogi. Zabiłem motocyklistę. Skąd jednak wiedzieli o wszystkim tak szybko? Nie miałem pojęcia, nie stanowiło to zresztą żadnej różnicy. Liczyły się fakty. A fakty były takie: siedziałem w jakiejś ponurej norze, bez światła, ledwo mogąc się położyć.
Miasto… dlaczego poszedłem do miasta? Bogowie, ja nienawidzę miast.  Klaustrofobia wyziera zza każdego zaułka, zza każdej przecznicy, z każdego zapyziałego rogu. Tysiące nic nie znaczących ludzi, ich szare, nieobecne twarze. Ciągły pęd i hałas, miliony barw, sprowadzających się do szarości, miliardy dźwięków, sprowadzających się do jednego, fałszywego pisku, rezonującego niesamowitym, parszywym dudnieniem. Fetor spalin, dezodorantów, perfum, gołębi, kotów, psów i szczurów. Oto czym jest miasto – zagładą dla oczu, uszu, nosa i umysłu.
Czasem jednak, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, trzeba się z ludźmi spotkać. Ot, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Niestety, nie jestem totalnym odludkiem, to się mści. Fakty przedstawiały się zatem następująco: dostałem pałą przez łeb na pierwszej stacji benzynowej, do jakiej zaszedłem i teraz siedziałem w nieznanej mi norze.
Wreszcie, chyba po kilku dniach, pojawiła się jakaś twarz. Ktoś wszedł do mojej celi i przyłożył mi w głowę.
Obudziłem się na posterunku policji, w kajdankach, przywiązany do krzesła. Byłem sam, a w pokoju panował półmrok. Kiedy poruszyłem głową, okazało się, że nie jestem sam. Przedstawili mi propozycję, klasycznie, nie do odrzucenia. Nie pamiętam już, czym dokładnie mnie złamali – rodziny nie mam i nie miałem, a przez całe życie raczej szukałem śmierci – bo i cóż warte jest życie szczura? A zwłaszcza – szczura bez stada? Tak czy inaczej – złamali mnie i wciągnęli na swoje listy, a ja miałem misję. Czy tego chciałem? Pewnie, kiedy przystępowałem do Armii, chciałem misji – ale to było dawno temu. Na tym etapie chciałem tylko kominka i pełnego barku. A jednak.
Jakiś czas później znajdowałem się po drugiej stronie Atlantyku, po drugiej stronie Równika również. W Południowej Afryce, ściślej rzecz biorąc, a dokładnie – w Johannesburgu. W slumsach Johannesburgu. Siedziałem w jakimś brudnym szałasie, sąsiadującym z tysiącem identycznych szałasów. W środku było łóżko i, hm, to w zasadzie to. Pod łóżkiem był schowek na ubranie i broń. Nie byłem jeszcze pewien, kogo mam zabić, tę informację miałem dostać później, a na razie – podejrzewano, że będę zwiedzał. Ciekaw tylko byłem, co będę zwiedzał. Do zwiedzanej części Johannesburga była jakaś godzina drogi – o ile w ogóle wydostałbym się ze slumsów. Czułem się bardziej upodlony i bardziej samotny, niż kiedy przez półtora miesiąca mieszkałem w jaskini w Grampianach. Obcy klimat, obcy ludzie i przerażający fetor miasta. Nie mogłem jednak robić nic innego, niż – czekać. 

sobota, 24 września 2011

Wakin'

Budzisz się.

Powoli otwierasz oczy.

Próbujesz się podnieść, ale nie masz siły.

W pokoju jest dość ciemno, niewiele widać - mimo to rozglądasz się leniwie. Z wolna robi się coraz jaśniej, najwyraźniej obudziłeś się tuż przed świtem. Pokój, w którym leżysz jest czerwonawy, może lekko pomarańczowy, w każdym razie, utrzymany w ciepłych barwach. W dalszym ciągu nie możesz wstać. Nie pamiętasz, co działo się wczoraj, najwyraźniej niesamowicie się zmęczyłeś, nie czujesz zupełnie ani rąk, ani nóg. Zrezygnowany zamykasz oczy i wpadasz w półsen.

Budzisz się.

Obudziła cię kropla, która spadłą ci na czoło. Chcesz ją wytrzeć, ale nie możesz podnieść ręki. Za chwilę spadła kolejna, kolejna i jeszcze jedna, i jeszcze. Czerwone. Gwałtownie otwierasz oczy. Nad tobą wisi żyrandol z czterech rąk, urwanych w łokciach. Krwawiący. Tętno skacze. Rozglądasz się nerwowo. Leżysz na łóżku z ludzkich kości, okrytym ludzką, świeżą jeszcze, skórą. Cały pokój wydaje się wyłożony ludzkimi szczątkami, wszystkie krwawiące, śliskie. Teraz już wiesz, czemu nie możesz się podnieść - twoje kończyny leżą obok łóżka. Serce wali ci jak blackmetalowa perkusja. I teraz wytężasz słuch. Słyszysz powolne, ciężkie kroki, jak wchodzenie po schodach. Zbliżają się. Zapada ciemność.

środa, 23 lutego 2011

Quetzalcoatl

Na stare piramidy wznoszą się procesje
Magowie schodzą do ponurych kazamatów
Niejedną jeszcze ląd ten obejrzy agresję
Tonie teraz we krwi z okrutnych wojen kwiatów

Na drogach kół nie uświadczysz
Za to znajdziesz na ścianach -
Wiszą wielkie kalendarze
Wieszcząc świat na kolanach

Gdy Pierzasty Wąż powróci
W smoku z białymi skrzydłami
Do swej ziemi i swych ludzi
Z potwornemi zwierzętami;

Gdy świątynie swe nawiedzi
Błogosławiąc wierny lud
Sługów swoich wynagrodzi
I pokaże, kto jest Bóg.

Gdy Pierzasty Wąż powrócił
W smoku z białymi skrzydłami
Do swej ziemi i swych ludzi
Z potwornemi zwierzętami;

Gdy świątynie swe zbezcześcił
Gdy w pień wyciął wierny lud
Ogniem sługów swych popieścił -
Rzekł, że nie jest żaden Bóg.

Bogi nowe z sobą przyniósł
Stare zniszczył w czasie burz
Śmierć na krzyżu w górę wyniósł,
Ze świątyń zabrał złoty kurz.

Na stare piramidy wznoszą się procesje
I tłumy schodzą do ponurych kazamatów
Niejedną ląd ten zdążył zobaczyc agresję -
Tonie teraz w dywanach ułożonych z kwiatów.

środa, 29 grudnia 2010

Opo3

Gdańsk

Von Kniprode wiedział, że teraz szanse na przetrwanie są niemal równe zero. Z knowań niewiele wyszło. Owszem, na Śląsku było ciepło, nie gorąco jednak. Bulgotało, a miało wrzeć. Małopolska i Lubelszczyzna zaś co najwyżej pomrukiwały. Związane zostały trzy polskie armie, jednak dwie nacierały na świeżo uformowane i ekstatyczne państewko nad Zatoką Gdańską.

Triumwirat rozpadł się dwa dni temu, kiedy Smit i Apfelbaum (ale, cholernik, od razu wykorzystał okazję!) odcięli się od działań Armii i przygotowali do przeniesienia przedsiębiorstw. Tak przynajmniej oświadczyli Konradowi na naradzie. Pięć minut później znacjonalizowano Port Gdański i Gdańską Ropę, zaś poprzedni prezesi znaleźli się na niezwykle wygodnych stołach prosektoryjnych.

Teraz zmartwieniem była obrona. Na pochwałę zasłużyła obsada Malborka, która dosłownie anihilowała trzecią dywizję AW. Zamykając ją w zamku i wypuszczając staromodny gaz. Dzięki temu przejęto pełen sprzęt (bez piątej drużyny pancernej piątego plutonu piątej kompanii piątego batalionu piątego pułku piątej brygady trzeciej dywizji – czyli pięciu czołgów).

Obrońcy Nowego Dworu niestety takim czynem pochwalić się nie mogli. Miasto zostało zrównane z ziemią, zaś brygada piechoty – pogrzebana pod gruzami i spalona. Wyglądało to jak sygnał, informacja o losie Gdańska. Bez „chyba, że…”

Ten sam los spotkał mieszkańców i obrońców Tczewa. Kartuzy poddały się bez walki, takoż Wejherowo i Hel – mieszkańcom pozwolono na ewakuację, zaś obrońców – wymordowano. Armie rzeczpospolitej były coraz bliżej Gdańska, na wschodzie wkroczywszy już na Wyspę Sobieszewską.

Trzydziestego marca zniszczony bądź opanowany był niemal cały teren Wolnego Miasta. Niezależny został jedynie sam Gdańsk, któremu przedstawione zostało ultimatum. Do północy trzydziestego pierwszego marca niedobitki Armii Pomorze mają opuścić miasto i udać się na – oczyszczoną do gołej ziemi – Wyspę Sobieszewską, aby tam poddać się bezwarunkowo. W przeciwnym razie cały Gdańsk potraktowany zostać miał bombami zapalająco-burzącymi.

Von Kniprode nie myślał. Wzrok wbity miał przed siebie. Co chwilę przyspieszał kroku. Blade światło księżyca odbijało się w metalowych obcasach wysokich butów. Oddychał rytmicznie. Wiatr rozwiewając jego włosy i rozchylając poły skórzanego płaszcza nadawał całej postaci demoniczny wygląd. 

Rozchlapując kałuże i przecinając strugi deszczu skręcił w boczną uliczkę. Podbiegł do starych drzwi i zapukał. Drzwi uchyliły się i wszedł do środka. Przesunął rękę po czole ocierając je z wody, po czym wziął pochodnię ze ściany. Poszedł w stronę piwnicy. Zszedł po schodkach i przesuwał się wzdłuż starych beczek z winem. Na drugim końcu piwnicy znajdowały się kolejne drzwi, które wyprowadziły go na główną ulicę.

Była już późna noc, nieliczni ludzie obecni na ulicy ze strachem odsuwali się od niego. Dochodząc do rynku wysunął pistolet z rękawa. Podszedł do pomnika. Włożył lufę pistoletu w usta i nacisnął spust. Odgłos wystrzału zniknął w szumie deszczu, który jeszcze długo wypłukiwał resztki mózgu z roztrzaskanej czaszki.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Opo2

Warszawa

-To jest, *****, skandal! Na własnej piersi taką gnidę! Do rodziny go wysłałem, psia jego mać!

Marszałek Zapolski miał powody do irytacji. Już prawie dwadzieścia cztery godziny istniało „państwo” stworzone przez Wonkniprodzkiego. Czy, jak głosił komunikat, von Kniprodego. Zaś dzięki zachowawczości Prezydenta, czyli głównodowodzącego sił zbrojnych, nie mógł zareagować. A dzięki zachowawczości wszystkich „pierdolonych, tchórzliwych ***** sejmowych” mimo oczywistej wojny domowej, kraj nie był w stanie wojny. Armie stały co prawda w gotowości na granicy województwa pomorskiego („dawnego, *****, województwa!”), lecz przekroczyć jej nie mogły.

Tymczasem z kraju docierały informacje o coraz jawniej wyrażanym poparciu dla gdańskich rebeliantów. O ile Katowice i Poznań Zapolskiego nie dziwiły, to Kraków i Lublin napawały niepokojem. Armia miała jednak związane ręce. Wszystkie jednostki były zresztą dużo gorzej przygotowane do wojny i ani trochę nie fanatyczne.

Zapolski przede wszystkim nie chciał działać wbrew władzom, gdyż w ten sposób najbardziej zaszkodziłby integralności kraju. Na razie Buntownicy gdańscy opanowali fragment województwa, zaś w innych regionach było niespokojnie – gdyby jednak Marszałek Wojska Polskiego jawnie zbuntował się – nic nie powstrzymywałoby pro autonomicznych pomyleńców. A na to zapewne liczył Konrad.

Na razie wszystko co mógł robić, to miotać się po gabinecie w oczekiwaniu na decyzje prezydenta, rządku, kogokolwiek. Ogłaszanie stanu wyjątkowego należało do prerogatyw prezydenta, jednak „ten cholerny królikołap” zapewne zwoła komisję sejmową, senacką i stwierdzi, że nic się nie dzieje. No, bo w końcu działanie wbrew konstytucji i jawne niszczenie państwowości, odbieranie dostępu do morza, zamach stanu, śmierć obywateli… aż nadto powodów, żeby von Kniprode stanął przed plutonem egzekucyjnym. Nie w tym kraju, nie w tym kraju…

Wreszcie, o dziewiątej trzydzieści dwudziestego ósmego marca, marszałek Wiesław Zapolski otrzymał rozkaz spacyfikowania Gdańska. O dziesiątej trzydzieści został ogłoszony stan wyjątkowy w całym kraju. W każdym mieście wojewódzkim rozmieszczono pełną dywizję, ulice patrolowały pełne drużyny a nie, jak zwykle, dwójki. O jedenastej żołnierze trzeciej dywizji Armii Warmia wkroczyli do pustego, wydawałoby się, Malborka i zajęli zamek – tradycyjną kwaterę wojskową w mieście. Gdy ostatnia drużyna czołgów dojeżdżała do bramy wewnętrznej, most wybuchł, a trzy maszyny pogrążyły się w błocie Nogatu. O jedenastej trzynaście żołnierze drugiej dywizji Armii Warmia zniszczyli pierwsze zabudowania Nowego Dworu Gdańskiego i rozpoczęli najdłuższą bitwę tej wojny. O jedenastej siedemnaście żołnierze czwartej dywizji V Armii (Rezerwowej) napotkali opór na przedpolach Tczewa, równocześnie pierwsza dywizja tejże armii dotarła do umocnień rebeliantów w okolicy Wejherowa; trzecia dywizja zbliżała się do Kartuz, a druga wkroczyła na teren dawnego powiatu gdańskiego.

niedziela, 26 grudnia 2010

Opo1

Gdańsk

Szedł pustą i ciemną ulicą Rajską. Dość mocny, wczesnowiosenny wiatr szarpał jego długim płaszczem i miotał podartymi szarfami zwisającymi z latarń.

Szedł szybko, nie oglądając się. Mijał puste budynki z powybijanymi szybami, ledwie oświetlone dogasającymi zgliszczami baszty Jacek.

Nie zwalniając zapalił papierosa. Już było ją widać. Łunę z Długiej. Już było ją słychać. Pieśń z tysiąca gardeł. „i nikt nie będzie pluł nam w twarz…”

Skręcił w lewo i przeciskając się przez tłum podszedł pod ukoronowany i obwieszony girlandami, mieniący się wszystkimi odcieniami czerwieni posąg Neptuna.

Omiótł wzrokiem ekstatyczny tłum i olbrzymie ognisko z flag, reprodukcyj godła i innych symboli. „Jesteśmy wolni” – pomyślał.

To wszystko zaczęło się pięć lat wcześniej. Jako świeżo mianowany generał Wojska Polskiego objął dowództwo Armii Pomorze, stacjonującej w jego rodzinnym Gdańsku. Marzenie o wolnym mieście stało się nieco bliższe.

Wtedy też zaczął budować swoją pozycję i szukać sojuszników na imprezach miejskich elit. W większości znienawidzonego napływowego motłochu.

Konrad Wonkniprodzki, mimo spolonizowanej wersji nazwiska, pamięci o przodkach się nie wyzbył i od dziecka marzył o granatowym proporcu na szczycie ratusza, o wyzwoleniu miasta spod okupacji. Jakiejkolwiek.

W tym celu, gdy już miał po temu możliwość, zreorganizował Armię Pomorze, ustalił dryl oparty na kiju i marchewce (tudzież na karcerze i wódce). Rozlokował armię w całym województwie, „żeby zintensyfikować ćwiczenia i osiągnąć lepsze efekty w zakresie mobilności”. Jak dobrze, że nikt nie poszedł jego śladem. Rzeczywiście, dzięki częstym zmianom miejsca stacjonowania każda drużyna AP mogła działać niezależnie i szybko, znając całe województwo jak własną kieszeń. A dzięki dodatkowym grantom – armia Wonkniprodzkiego stała się najlepszą polską armią – a przy tym, najbardziej oddaną dowódcy.

Samo wojsko jednak, zwłaszcza jedna armia przeciw pięciu armiom Rzeczpospolitej niewiele by zdziałała. Konrad bywał więc na rautach, badając, czy jego sprawa ma jakiekolwiek poparcie.

Poparcie, szczęśliwie się znalazło. Nie takie, na jakie liczył. Przedsiębiorcy chętnie widzieliby Gdańsk jako autonomiczne miasto, miasto przy Rzeczpospolitej, jak ongiś, nie w pełni niepodległego państwa. Był to jednak dobry przyczynek do powstania.

Dwa lata po objęciu przezeń funkcji zawiązał się triumwirat: Wonkniprodzki, Smit (prezes Portu Gdańskiego) i Jabłoniowicz (właściciel przedsiębiorstwa olejowego Gdańska Ropa), którzy postawili sobie za cel przeforsowanie autonomii dla Gdańska – bądź całego Pomorza; zbudowanie jak najbardziej samodzielnej gospodarki i zapewnienie możliwie dużej niezależności.

Niezależnie, Konrad zaczął snuć plan wyzwolenia się z autonomii również. Uważał, że każda forma zależności jest dusząca i zniewalająca. Oczywistym stało się, że aby pozbyć się tej formy zależności, niedługo po uzyskaniu autonomii triumwirat będzie musiał być rozwiązany, a w kraiku nastąpić będzie musiał zamach stanu. Zaczął więc powolne, spokojne i delikatne spotkania propagandowe celem stworzenia z żołnierzy Polski żołnierzy Gdańska.

Dwa lata po zawiązaniu triumwiratu (o którym, poza zainteresowanymi, nikt nie wiedział) Centrala została poinformowana o niepodległościowych sentymentach na Pomorzu. Pierwsze doniesienia zostały zignorowane i zapomniane. Jednak pół roku później przypomniano sobie o nich w związku z zamieszkami na tle niepodległościowym w Rudzie Śląskiej, Rybniku, Wrocławiu i Opolu. Na reakcję było jednak za późno.

Za późno i w zły sposób zaczęto działania prewencyjne. Dwa miesiące przed Dniem Wyzwolenia Konrad dostał rozkaz „znalezienia i zlikwidowania przestępczych organizacji wymierzonych w integralność Rzeczpospolitej”. Dwanaście dni później zameldował o sukcesie i pokazowo rozstrzelał grupę zamachowców. Nikt nie pytał o dowody.

Spiskowcy czuli, że muszą działać jak najszybciej. Potężne lobby Jabłoniowicza zgłosiło projekt ustawy, dzielącej Polskę na pięć prowincji autonomicznych (ze stolicami w Olsztynie, Gdańsku, Szczecinie, Poznaniu i Wrocławiu) oraz osiem województw (Białystok, Płock, Toruń, Łódź, Kielce, Kraków, Rzeszów, Lublin), z Warszawą jako wydzielonym miastem stołecznym. Plan ten przewidywał ponad połowę województwa pomorskiego jako autonomiczną prowincję Pomorze Gdańskie. Jako plan ustawy miał jednak szanse być wprowadzony za rok, dwa, jeśli w ogóle. A Centrala wyczuwała zagrożenie i lada dzień mogła wysłać Armie Warmia i V Armię (Rezerwową), stacjonujące najbliżej Gdańska, celem spacyfikowania niespokojnego terenu.

Wonkniprodzki uznał więc, że musi przejąć inicjatywę i zadziałać zaskoczeniem. Miesiąc zajęły przygotowanie do bezpośredniej akcji. Należało rozlokować armię w kluczowych miejscowościach, które miały zostać włączone w teren Wolnego Miasta. Po brygadzie otrzymały Kartuzy, Tczew, Hel, Malbork, Wejherowo, Władysławowo, Sopot, Żukowo, Krynica Morska i Nowy Dwór Gdański, po dwie znalazły się w Gdyni i Pruszczu Gdańskim; sześć ustawiono na przyszłej zachodniej granicy, zaś całą dywizję umieszczono w Gdańsku.

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem dystrybucji granatowych sztandarów i opasek oraz pro gdańskich ulotek, informujących o rychłym wyzwoleniu spod okupacji i wzywających do zrzucenia jarzma, podpisanych przez nikomu nieznanego porucznika Wajsa. Telewizja Gdańska informowała o demonstracji ludu Gdańska skierowanej przeciw Polsce. W rzeczywistości wystąpienie było zorganizowane przez triumwirat – Smit i Jabłoniowicz uważali, że takie demonstracje mogą przybliżyć akceptację ustawy, nie widząc drugiego dna. Wonkniprodowi zaś dalej na rękę było działanie w porozumieniu z przedsiębiorcami – w razie niepowodzenia nie wziąłby całej odpowiedzialności na siebie.

O godzinie Z w trzynastu miastach, w których stacjonowała Armia Pomorze zdjęto polskie flagi a na ich miejsce zawieszono gdańskie, aresztując wszystkich przedstawicieli prawa Rzeczpospolitej. Przez radio i telewizję podany został komunikat o wypowiedzeniu posłuszeństwa Polsce przez Gdańsk, Sopot, Gdynię, powiaty pucki, nowodworski, malborski, gdański, kartuski bez jednej gminy i wejherowski bez trzech.

W większości miast akcja odbyła się bez przeszkód, bądź z poparciem ludności. Jedynie gdańska policja i straż miejska opanowały Stare Miasto i przez niemal godzinę stawiały czynny opór. W efekcie spłonęła baszta Jacek, kościoły św. Katarzyny i św. Mikołaja oraz Ratusz Staromiejski. Większość obrońców zginęła.

Był dwudziesty szósty marca, godzina dwudziesta trzecia. Na latarniach pozawieszano granatowe szarfy. Konrad Von Kniprode szedł przez Stare Miasto.

Szedł szybko, nie oglądając się. Mijał puste budynki z powybijanymi szybami, ledwie oświetlone dogasającymi zgliszczami baszty Jacek.

Nie zwalniając zapalił papierosa. Już było ją widać. Łunę z Długiej. Już było ją słychać. Pieśń z tysiąca gardeł. „i nikt nie będzie pluł nam w twarz…”

Skręcił w lewo i przeciskając się przez tłum podszedł pod ukoronowany i obwieszony girlandami, mieniący się wszystkimi odcieniami czerwieni posąg Neptuna.

Omiótł wzrokiem ekstatyczny tłum i olbrzymie ognisko z flag, reprodukcyj godła i innych symboli. „Jesteśmy wolni” – pomyślał.

To wszystko zaczęło się pięć lat temu. Właśnie skończyło się preludium. Właściwa symfonia miała się dopiero zacząć. Konrad von Kniprode, samozwańczy dowódca armii Wolnego Miasta Gdańska stał, oświetlany płonącymi symbolami znienawidzonego państwa, któremu ślubował wierność i zastanawiał się, jak to państwo zareaguje.

poniedziałek, 25 października 2010

Heil Lebniz

Coś dlaczego niż nic
Raczej nic łatwiejsze jest
coś niż?

Prostsze nic byłoby
Wszakże bytem jednak jest
coś to.

Wszystko zebrać gdyby
Bzdurą razem byłoby
cóż lecz?

Teraz tutaj począć
Mamy zewsząd i płacz
tylko krzyk.

środa, 15 września 2010

Takietam

Dwa wzory koszulek, jakby ktoś reflektował. + bonus.



Zwłaszcza w ostatni warto kliknąć, bo tu nie widać napisu ;)

piątek, 28 maja 2010

Luger

Co chwilę przyspieszał kroku. Blade światło księżyca odbijało się w metalowych obcasach wysokich butów. Oddychał rytmicznie, jak człowiek szkolony do biegu. Wiatr rozwiewając jego włosy i rozchylając poły skórzanego płaszcza nadawał całej postaci demoniczny wygląd.

Rozchlapując kałuże i przecinając strugi deszczu skręcił w boczną uliczkę. Podbiegł do starych drzwi i zapukał. Drzwi uchyliły się i wszedł do środka. Przesunął rękę po czole ocierając je z wody, po czym wziął pochodnię ze ściany. Poszedł w stronę piwnicy. Zszedł po schodkach i przesuwał się wzdłuż starych beczek z winem. Na drugim końcu piwnicy znajdowały się kolejne drzwi, które wyprowadziły go na główną ulicę.

Była już późna noc, nieliczni ludzie obecni na ulicy ze strachem odsuwali się od niego. Dochodząc do rynku wysunął Lugera z rękawa. Podszedł do pomnika. Włożył lufę pistoletu w usta i nacisnął spust. Odgłos wystrzału zniknął w szumie deszczu, który jeszcze długo wypłukiwał resztki mózgu z roztrzaskanej czaszki.

niedziela, 9 maja 2010

Imagine

Imagine.
Imagine the creation of a planet. Big bang. Explosion. Formation. At first some abstract shapes, then - more and more proper.

The planet is formed. It's fresh. It's new. Unsettled. Virgin. Some forests, rocks, mountains, plains, seas. Imagination. How strong is yours?

Now, imagine your brain. Can you see it? Don't see your brain as an organ. For material structure is only it's small part. Picture your brain as a newly created planet. All you have to do, is to settle it, organize it.

The view of your brain depends only on you. What will it look like? Pluto? Mercury? Earth? Or some, yet undiscovered, evergreen, complicated, beautiful vital planet?

Think.
Thinking is the best thing you can do to your brain. It does not harass your brain. Thinking makes it stronger. Lose schemes. Don't use them unless you don't have to. Just think, create.

Let's talk about mind, because it is not the brain itself. Mind is human's strongest point.

A THOUGHT. His thought.

The Great Creator didn't even have to speak. His words were his thoughts.

Fiat lux!
And there were Light different from the Shade. For his mind was so strong that it could divide elements.

Fiat homo!
And there were men different from animals. For his mind was so genial that it could multiply itself and implement into lifeforms.

Fiat voluntas tua!
The one thing that differs human beings from animals is mind. They shall use it and improve it. The Absolute gave men mind to use it so don't lose this chance.


For sure those are just literature examples. I'm not saying there is a Creator, or, there is not. it's not a point. The point is that you, as a human, you have your own sense of thinking. So think.

Free your mind!
Don't let yourself to be distracted. Priorities. Everyone have some. Everyone have different ones. Come up with yours. Don't think of trivialities, problems, obstacles - unless the are not connected with your goal.

Remember. Your brain is your power.

Don't lose it.

Use it.

sobota, 3 kwietnia 2010

Krwotok

Byłem poetą i wiersz sobie napisałem. Proszę, proszę, absolutnie proszę mi powiedzieć, co autor miał na myśli. Bo autor za chuja nie wie.


Rzeszoto
Tubłoto
Ciach.

Tam krwotok
i w ogóle
Strach.

A ona
W to błoto
Bach!

Rzeszoto,
że krwotok.
Strach.

poniedziałek, 8 marca 2010

O sporcie

Zostało zadane pytanie: jakie są granice w sporcie. Granice możliwości ludzkich zostały przekroczone dawno. Czy są jakieś inne granice w sporcie? Spieszę z odpowiedzią: nie ma granic i nigdy ich nie było (poza chwilą, gdy Coubertin wymyślił "nowoczesny sport"). Od starożytności, wygrywał ten, kto więcej z siebie wycisnął.

Stąd bzdury o "czystości sportu", "sportowej złości", "sportowej rywalizacji" i tym podobne, którymi karmią nas kochani dziennikarze i oficjele nie nadają się do niczego więcej niż relacji telewizyjnej. Do której, nawiasem mówiąc, ktoś mógłby wymyślić opcję "Wyłącz komentatora, zostaw stadion/skocznię/tor". Rozważmy igrzyska olimpijskie. Te oryginalne, prawdziwe, starożytne. Tak, macie rację, składano przysięgę o nieoszukiwaniu. I zapewne przestrzegano jej - mówię tu o ogóle, nie o jednostkach. Ale próby oszustwa były są i będą, taka już ludzka natura. Wino, dieta, waga ciężarków, cokolwiek - sposobów aż nadto. Weźmy teraz aktualne igrzyska, tj. nowożytne. Doping? Ależ proszę, czemu nie. Ale taki jak my pozwolimy. Zwracam uwagę - można korzystać ze wszystkich środków, które nie znajdują się na liście zakazanych. Żal nie wspomnieć o astmie. Pomijając, że jeśli chora, to na paraolimpiadę - nie można powiedzieć, że "te środki nic nie robią" - jak orzekł Korzeniowski. Panie chodziarzu cenię waszmościa za wyczyny sportowe, ale teraz nie pieprz pan głupot. Jeśli nie działają, to po co je brać? Leki na astmę rozszerzają mięśnie, ułatwiają oddychanie. Ktokolwiek biegał, choćby na autobus czy w szkole na wuefie wie, jak ważne jest oddychanie w trakcie biegu. ile wystarczy, żeby nie być w stanie zrobić kroku. A co dopiero w sporcie wyczynowym, jakim jest takie oto bieganie.

Nie zamierzam w żaden sposób ukrywać, że sport w dzisiejszych czasach to już nie tylko zawodnik. To również cały sztab, od sprzętu typu łyżwy po lekarza specjalizującego się w środkach dopingujących. To jest jak wyścig zbrojeń - kto pierwszy opracuje nową łyżwę, kto lepsze narty, kto skuteczniejszy wosk, kto wygodniejsze buty, kto mocniejszy narkotyk. I nie ma co drzeć szat. Trzeba za to zdefiniować owe środki dopingujące - albo wszystko, albo nic. Pewnie, że przy wszystkim będą takie potwory jak w DDR, z drugiej strony w przypadku zabronienia wszystkiego - będą starali się wytworzyć środki niewykrywalne.

Wracając do tematu - jeśli chodzi o ludzkie możliwości - tak, przekroczone zostały już dawno.Może nie wszystko zależy od techniki, dużo zależy też od psychiki.



PS. Czemu kobiety i mężczyźni startują osobno?

Zmierzch Bogów

Znajdziesz węża w każdym Raju
Jak smar śliski, zimny jak lód.
Kłamstwo znajdziesz w każdym zdaniu
Reszta ma otumanić cię.

W czasach zupełnego szaleństwa
Mówimy: "mamy kontrolę"
Kończąc życie przed zbawieniem
Gdy krajami kupczy się.

Święte teksty, hokus-pokus
W świetle chwały krucyfiks
"Opłaćcie swe zbawienie z góry" -
Marne sztuczki klechów z TV.

Nie ufaj nikomu
To zbyt wiele kosztuje.
Strzeż się sztyletu
W samo serce ugodzi cię.
O, małe stwory, to nadchodzi bogów zmierzch!

Gdy podłoża naszych istnień
Upadają raz po raz
Prawo chroni je łamiących
Wygra ten, kto więcej da

Nawet bogowie wszelkich religii
Nie mają mocy na ten czas
Degeneracji, bo odkryliśmy
Że nie ma tronów w niebiosach.

Precz od tego ognia
Spali całą dusze twą.
Płomienie wciąż wyżej
Na nic zda się każdy schron.
O, małe stwory, to nadchodzi bogów zmierzch!