Elementa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia świata. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 kwietnia 2010

Plantacje wiedzy

Dziś w nieco innym klimacie.


Niektórzy zastanawiają się – skąd-że naukowcy mają taką wiedzę? Jak-że mogą tyle rzeczy pamiętać, znać, kojarzyć? Otóż, oprócz, rzecz jasna pracy, posiadają taki drobny – czy w przypadku innych całkiem niedrobny element. Pomijam oczywiście cwaniaczków, pseudo-naukowców (nie ze względu na dziedzinę, jaką się zajmują, a na metody i podejście do sprawy) i naukowców pobierających tylko pensje, posługujących się sztabami asystentów. Podobny element mieli zresztą wszyscy naukowcy i wynalazcy, którzy istnieli kiedyś.

Wiedza. Bardzo często mylona jest z wiadomościami, tak jak z inteligencją i mądrością. Są to różne elementy. Inteligencja to zdolność radzenia sobie w różnych sytuacjach, umiejętność myślenia abstrakcyjnego. Mądrość – to znajomość życia, wyciąganie wniosków, uczenie się na błędach. Wiadomości – wszyscy dostajemy w szkole. To znajomość faktów, definicji i regułek. Wiedza – łączy w sobie inteligencję i wiadomości. Wiedza to umiejętność łączenia faktów ze sobą, kojarzenia ich, et cætera. Wiedza jest podzbiorem mądrości. Święta Mądrość, jak wiadomo, jest najdoskonalsza.

W dawnych czasach większość ludzi, którzy byli naukowcami czy wynalazcami, mieli ku temu predyspozycje adnatalne. Od urodzenia przejawiali skłonność do poznania. Jak zawsze jednak, znajdą się ludzie ambitni, którzy co prawda nie mają wrodzonych zdolności, usilnie jednak do nich dążą. Cel osiągają, za co im chwała – wiedzę posiadają w skutek wieloletnich morderczych treningów i ćwiczeń. Niestety, są też tacy, którym się nie chce. Istnieją od najdawniejszych czasów. Leniwi z plemion Zapoteckich stworzyli plantacje wiedzy.

Na polach uprawiali wiedzę. Oni również mylili ją jednak z wiadomościami. Sadzili otóż uczone księgi, podlewali je itd. Nic z nich nie wyrosło, Zapotekowie wyginęli podbici przez Azteków, a dzięki plantacjom wiedzy mamy teraz informacje o ich życiu – gdyż stanowią wymarzony materiał archeologiczny – gdyż ich księgami były kamienne tablice.

Nie oni jednak pierwsi i nie oni ostatni chcieli wiedzy. I taniej. W starożytnej Grecji istniały Szkoły. Nie takie zwykłe szkoły, a Szkoły filozofów. Grecy, jak widać, celowali już wyżej, nie w wiedzę, a w całą Mądrość. W owych szkołach uprawiali mądrość, nic jednak dobrego z tego nie wynikło. Owszem, powstało kilku filozofów, potworzyli oni koncepcje i systema, jednak większość uczniów zrezygnowała. Te plantacje nie były wydajne. Wręcz przeciwnie, były czasochłonne i nerwogenne.

W średniowiecznej Europie pewna grupa ludzi wpadła na pomysł utworzenia uniwersytetów. To kolejna próba utworzenia plantacji wiedzy – choć jednak blisko było im do wiedzy, nie wiadomości, to dalej niż Szkołom greckim. Przy tym wiele z nich szybko zamieniło się w bezduszne hodowle. Rozważcie – nie przyjazne, dobrowolne plantacje, gdzie każdy pielęgnuje swą wiedzę osobno – to były hodowle, traktowano byłych plantatorów jak zwierzęta tuczne. Karmiono ich tłustymi pulpetami wiedzy tak długo, aż z przejedzenia przestawali być spragnionymi wiedzy młodymi ludźmi a stawali się bezdusznymi bakałarzami, magistrami, późniejszym czasie doktorami. I choć ten układ był nieefektywny już w XVI wieku, istnieje do dziś. Choć dorobił się małych chlewików.

Problem prawdziwych, dobrowolnych i ogólnodostępnych plantacji zaprzątał jednak umysły ludzkie. W wieku oświecenia poczyniono pewne kroki w kierunku plantacyj. Powstawały kółka samokształceniowe, kluby inteligenckie, koła dyskusyjne. Niestety, przyleciała wtedy szarańcza rewolucji i zniszczyła tak pięknie zapowiadającą się przyszłość.

Czy więc sprawa plantacji wiedzy jest stracona? Czy nie ma możliwości odkrycia tej wspaniałej rzeczy? Nie! Możliwość cały czas istnieje, choć jest tłumiona. Całkiem niedawno temu odkryto dawne sumeryjskie pola – nie wiadomo do czego służące. Pewien ślad leży też w Peru. Kultura Nazca jako druga w świecie stworzyła efektywną plantację wiedzy, która jako jedyna przetrwała do dziś. Na płaskowyżu Nazca widnieją rysunki – geoglify – przedstawiające zwierzęta, drzewa i inne. Mają one swą niezwykłą aurę, która powoduje nasiąkanie wiedzą. Stąd prawdopodobnie wyginięcie ludu Nazca – gdy przesiąknęli wiedzą zbytnio, gdy poznali otaczający świat, gdy go wreszcie zrozumieli – stali się niczym Bóg, stali się Absolutni. Czy byt absolutny ma sens Bycia? Nie! Dlatego też zniszczyli plantację, by dostarczała tylko wiedzy elementarnej – nie mieli sumienia obarczać nas ciężarem Wszechświata.

Sumerowie z kolei swoje plantacje spalili i potopili skoro tylko pierwsi mędrcy rozpłynęli się w czasie oratoriów. Istnieje jednak szansa na odkrycie również tych w pobliżu miasta Ur. Jeśli okaże się prawdą istnienie glinianych tabliczek z opisanym procesem tworzenia plantacji wiedzy i uda się je odczytać, i wprowadzić w życie – inwazja na Irak stanie jasna i oczywista.

Bo wysłuchajcie i zważcie u siebie – czyż taka plantacja nie byłaby wygodną? Czyż nie byłaby obleganą? Czy, wreszcie – nie byłaby zabójczą? Otóż byłaby i trzymam kciuki za archeologów!

czwartek, 25 marca 2010

Powstanie wegierskie

W roku tysiąc osiemset czterdziestym ósmym wybuchło powstanie Węgrów żyjących pod panowaniem austriackim. Chcieli własnego państwa, naturalnie. Wtedy ogólnie był czas zrywów narodowych, Wiosna Ludów, zdaje się. Otóż ci Madziarzy potrzebowali pomocy. Byli ciemiężeni przez Austriaków, zero oficerów, organizacja kiepska, a trzeba było jakoś to powstanie porządnie przeprowadzić. Przybyli więc dowódcy z innych krajów, między innymi z Polski. Józef Bem przybył. Dowodził na ten przykład obroną Budapesztu. Wtedy też pokazał swój talent genialnego konstruktora. Zachciało mu się oddać urynę. Nie chciał jednak czynić tego gdy patrzeli na niego Austriacy. Lać naprzeciwko pięciu tysięcy pedałów – zapewne nieprzyjemne uczucie. Poszedł do drzewa i je wydrążył. Pisuar zrobił. Pierwszy na świecie. Węgrzy jak to zobaczyli, to oszaleli z radości i wydrążyli w ten sposób wszystkie drzewa w promieniu dziesięciu kilometrów od Budapesztu. Ma się rozumieć, Budapeszt padł tym samym, no bo był niebroniony. Bem popłakał się i z żałości uciekł do Turcji.

Kiedy przybył do Stambułu, od razu poszedł do sułtana. To taki ich król, tylko na głowie zamiast korony ma ręcznik. Ów sułtan oznajmił Józiowi, że owszem, bardzo proszę i jak najbardziej, bitte-dritte – rozumiecie, łamanym językiem rozmawiali, bo kto w końcu zrozumie Turka – niech zostanie i służy Wielkiej Porcie, ale musi się na Islam nawrócić. Tu był haczyk – nawrócenie się na wiarę Mahometa to nie takie hop-siup. Trzeba otóż ogolić całe ciało i tak chodzić przez dwa lata, goląc się codziennie. Nawet rzęsy golili. Dopiero potem można przyjąć nowe imię i zostać uznanym za muzułmanina. Zwłaszcza jest to przestrzegane w Turcji, stąd zresztą powiedzenie – goły jak święty turecki. Udało mu się to, nawiasem mówiąc, przeszedł nawet próbę wody – polegającą na wypiciu wody z dziesięciometrowej studni, znajdując się w jej wnętrzu.

Taka mała dygresja, ale ważne jest wszak co działo się na Węgrzech. Gdy przyszli Rosjanie – bo trzeba wiedzieć, że Car przyszedł na pomoc Arcyksięciu – i zobaczyli te drzewa, to oszaleli całkiem zupełnie. Wiadomo, przyszli z Syberii, gdzie drzew nie ma, to nie wiedzieli co to jest. Za namową oficerów spalili więc rzeczone. Gdy za jakiś czas przyszli Węgrzy, złapali się za głowę widząc pogorzelisko. Krzyknęli tylko „O ja pierdolę” i zrobili w tył zwrot. Do Bukaresztu sobie poszli. Nawiasem mówiąc, to musiało pięknie brzmieć, takie zgodne „ojapierdolę” z dziesięciu tysięcy gardeł.

Przybyli do Bukaresztu, zobaczyli łabędzie. Bardzo cenili sobie te ptaki i nawet chyba jednego w herbie mieli. Albo to nie oni. W każdym razie, zasiedli nad brzegiem jeziora i spoglądali na łabędzie. A po drugiej stronie siedzieli Rumuni. Żeby dopełnić wszystkiego, przyjechała polska wycieczka. Radziwiłłowie sobie przyjechali porzucać chleb. Mieli takie świetne katany japońskie, że to raz się machnie i już chleb pokrojony. Rzucili quoque łabędziom, Rumuni byli jednak szybsi. Zjedli chleb. Dla królewskich ptaków nic nie zostało, więc wzbiły się w niebo zamiarem odlecenia dokądś, nie miały jednak siły i spadły martwe. Węgrzy wyrwali katanę Radziwiłłowi i popełnili zbiorowe seppuku jedną kataną.

Głupio jednak zrobili, bo zabili się nie patrząc w niebo. A na niebie była wtedy kometa. Z tego ciała niebieskiego spadła pierwsza w świecie zapalniczka. Spadła na kobietę, stąd nazwa, nawiasem mówiąc, lecz odkąd amerykanie przejęli produkcję kopii tego sprzętu, to zamerykanizowali nazwę i przemianowali na Zippo. Wcześniej jednak zajmowali się tym Finowie. Wiecie tacy mali, wyglądają jak Mongołowie. Lapończycy, ma się rozumieć. Otóż Finowie świetni byli w sprawach metalowych. Do dziś są, ale to odbiega od tematu. Zrobili sto tysięcy ton zapalniczek typu Zippo i sprzedali je, zaś oryginał umieścili w katedrze w Akwizgranie, gdzie spoczywa po dziś dzień.

sobota, 13 marca 2010

Windy

Ostatnio jechałem windą. W sumie ciągle jeżdżę. Jest jedna bardzo, ale to bardzo wkurwiająca rzecz w tych windach. Masa ludzi, którzy wsiadając mówią „dzień dobry”. A na cholerę mi wasz dzień, a zwłaszcza informacja, że jest dobry? Jak do autobusu wchodzicie, to też „dzieńdobrujecie”? Ale to jeszcze nic. Wychodząc mówią „dziękuję i dowidzenia”. Za co dziękujesz? Czy ja jestem windowy, który cię podwiózł? Za grosz indywidualności. Co jeszcze gorsze, traktują one windy jak twór człowieka, czy nie wiem co. Wciskają te klawisze przyciski. I nawet klawisz przycisk zamykania drzwi. Kurwa! Czy oni nie wiedzą, że biedni Zulusi i Hotentoci w pocie czoła wydobywają te windy z przepastnych przepaści... wróć. Z przepastnych szybów w Górach Smoczych tudzież Śnieżnych, choć w Śnieżnych jest tylko jedna kopalnia. Czy nie wiedzą?

Drakensberge Hysbak Inc dysponują pięcioma czynnymi kopalniami głębinowymi w Górach Smoczych. Pracują w nich wspomniani przedstawiciele rasy negroidalnej, w beznadziejnych warunkach mieszkaniowych, za ósemkę na całe życie. Po to, żebyś ty mógł wozić dupę windą z cholernym lustrem na tylnej ścianie i wkurwiać mnie swoim „dzińdobry”.

Warto czasem pomyśleć. Bo wydobyć windę nie jest tak hop siup. Przede wszystkim, windy występują w konglomeratach wapiennych, razem ze wzmacniaczami gitarowymi. Teoretycznie byłoby to dobre, bo można by zarobić dodatkowo na wzmacniaczu, niestety, ów sprzęt elektryczny, muzyczny skądinąd, po zanieczyszczeniu trójwapnianem dwuwęglożelaza (popularnie zwanym windą) jest do niczego. Chyba, że grasz True Blackened Superblackmetal Blackened Once Again. Takich ludzi jest jednak mało, więc wzmacniacze się nie sprzedawały. Nie wiadomo jak teraz, bo zaraz po wydobyciu wędrują na miesiąc do kwasu a następnie za grosze wysyłane są do Chin, gdzie służą jako nawóz do telewizorów.

Wzmacniacze, które nadają się do grania, oprócz akustycznych, wydobywane są z kolei w Urugwaju. Tak, też mnie to dziwiło, że niby jak to w Urugwaju, przecież tam nic nie ma. Kiedy jednak urugwajscy naukowcy opracowali wzór otrzymywania wody z morza po odparowaniu soli stwierdzili, że to z dupy pomysł i wzięli się za coś pożytecznego. Mianowicie w swojej części Rio de la Plata zbudowali platformę wiertniczą. Nie, żeby faktycznie było coś do wydobywania, po prostu Urugwaj potrzebował prestiżu, a platforma miała mu ów prestiż dać. Dwa miesiące później dokopali się właśnie do wzmacniaczy. I wydobywają je spod dna La Platy. Wkładają do suszarni, suszą, pakują, wysyłają do Indonezji.

Indonezja jest niezmiernie ważnym elementem w handlu wzmacniaczami. Otóż to właśnie w Indonezji przyczepiane są symbole wytwórni sprzętu muzycznego. Jeśli jednak myślicie, że nie ma różnicy między wzmacniaczami Marshalla a Rolanda, jesteście w błędzie. Marshalle są kompletowane na Sumatrze, Rolandy na Celebesie. Mesy zaś – na Jawie. Stąd wniosek zapewne jakiś wynika, ale mam go w dupie. Sami sobie dośpiewajcie.

wtorek, 9 marca 2010

Autobusy.

W Chinach to, w Rosji tamto. Prawdziwe bogactwo naturalne ma jednak Mongolia. W Mongolii bowiem są autobusy. Owszem, autobusy są dość powszechną formacją roślinną, jednak najlepsze rosną w Mongolii. Tylko, że z autobusami jest problem, bo tylko jeden na dziesięć rośnie z pestką. Znaczy się, silnikiem. Dlatego aż do dziewięciu należy ów silnik dołożyć. Nie może to być jakiś tam zwykły silnik, nie, nie, to musi być silnik adekwatny.

Zazwyczaj silniki występują w dużych skupiskach, tuż pod powierzchnią ziemi. Jednakże gospodarka rabunkowa z pierwszej połowy dwudziestego wieku spowodowała, po pierwsze, wyczerpanie znacznej ilości tego zasobu, po drugie, cwane bestie się przeniosły głębiej. „Nie, kurwa, nie damy się wydobywać i wsadzać do Ikarusów” – tak powiedziały. To było w okolicach Tajsziru w pięćdziesiątym drugim – no i przeniosły się na dwieście metrów w głąb, trzysta – ale niektóre zdążyli szybciej złapać i teraz tworzą syntetyczne. Dlatego takie tanie. Od 1952 roku silniki są produkowane, a nie wydobywane. Pamiętam, bo to było tego samego lata, co otwieraliśmy pierwszą kopalnię prądu w Mongolii. Nie wiem czy wiecie, ale elektrownie to tylko taki pic na wodzie. W rzeczywistości prąd wydobywa się w kopalniach. Normalnie, w pokładach bazaltu i granitu leży sobie spokojnie prąd i tylko czeka aż go ktoś odkopie i złapie. Ewentualnie na pustyniach, choć mniej efektywny.

Zaczęli z tym prądem Egipcjanie. Można się śmiać, ale tak naprawdę odpowiedzcie sobie sami: po co im niby była Nubia? Bo prąd. Nie ma innej odpowiedzi: faraonowie podbili biednych Nubijczyków, stłamsili, wgnietli w ziemię i kazali im kopać prąd. A poprzedni właściciele nawet nie wiedzieli, że mają u siebie takie bogactwo naturalne. Zapytacie: „jasne, Egipcjanie, bez jaj, po co Egipcjanom prąd? Elektryczny, ma się rozumieć, w dodatku?” Otóż, zdaje się, im wtedy gorąco było. Mieszkali, naturalnie, w ciepłym kraju. Więc wiadomo: skąpe ubiory, białe szmaty na głowę i tak dalej. Tylko w jaki sposób wytrzymać w środkach transportu? W tramwaju, w metrze? A w biurach? W urzędach? Jeden z mądrych obmyślił więc klimatyzację, drugi odkrył prąd i frr! w Egipcie było OK.

Później jeszcze Tesla kombinował z tym prądem, ale on z kolei przekombinował. Bo chciał prąd, który już był wydobyty wsadzić z powrotem do ziemi, żeby każdy mógł sobie korzystać. Niestety, nie ma cudownego rozmnożenia – jak on ten cały prąd zaczął wtłaczać w glebę, to w okolicy zaczęło go brakować – bo prąd raz wydobyty krąży po świecie. Więc do swojego eksperymentu musiał użyć prądu, który jakieś 1000, czy więcej lat wcześniej na światło dzienne wydobyli Dolinonilowcy. I nie dał nic w zamian – przez to wszelkie urządzenia elektryczne przestały działać. Ale Tesla był w porządku i mu odpuścimy, bo go lubię. Za to nie odpuszczę Chińczykom.
Widzieliście kiedyś tablicę szkolną? Nie tę nową, białą, tylko tę starą, zieloną? Głupie pytanie, wiem, widzieliście. A wiecie, z czego je robią? Nie wiecie? No to trudno. Takie wtrącenie to było.

Teraz Chińczycy. Jak wiadomo, Chińczyków jest w pizdu i jeszcze kawałek, co stanowi niemały problem dla rządzących, bo już nie ma czym tej masy karmić. I o ile w przypadkach przemysłowo rolniczych jest to przydatne – pole gitar skoszone w jeden dzień – to jednak problem żywnościowy jest znaczny. Pewnie, chłopi chińscy się cieszą, bo ostatnio dostali 100% podwyżki – z ćwierć miski ryżu dziennie do połowy – w dalszym ciągu jest to mało, a ludności przybywa. W związku z tym Zhongua wprowadziły przepisy dotyczące dzieci. Jedna para może mieć jedno dziecko. Logiczne, sami pomyślcie 1 = 1.

Jeśli dana para ma więcej niż jedno – no, dajmy na to, nie wyszło im coś, i zaszła kobiecina drugi raz w ciążę. Albo, nie daj Boże, urodziły się bliźniaki. Wtedy przychodzi odpowiedni urzędnik i dziecko zabiera. Losowo. Rzuca monetą, zdaje się. Te dzieci są zabierane do takiego wielkiego magazynu. Tam dobierane są w pary – przeciwna płeć, podobny wzrost i waga – następnie pakowane do drucianych klatek na tydzień. Po tygodniu wyjmują je z tych klatek, wsadzają do miksera, wysokiego na metr, wciskają przycisk „mus dziecięcy” i zastanawiają się: „Will It Blend?!”. Za każdym razem okazuje się, że tak. Wtedy biorą te dzieci, czy raczej mus, wlewają do formy, suszą, pakują i sprzedają na Zachód. To są właśnie tablice szkolne. Przyznajcie sami, cóż za barbarzyństwo! Zamiast dać reszcie Chińczyków do jedzenia! Z tego właśnie powodu Chińczykom nie odpuszczę.

Choć, jest jeszcze jeden powód. Chińska armia. Pomijam, że mają więcej żołnierzy niż wynosi cała populacja Polski, nie w tym rzecz. Słyszeliście o Kraju Ałtajskim? Tam, w miejscowości Kuria, urodził się słynny ogrodnik, Михаил Калашников. Odkrył on interesującą roślinę – Avtomatus Calasnikovus. Chińczycy upierdalają z niej magazynek i spust, a doczepiają dłuższy bagnet.

To się nie godzi.

poniedziałek, 8 marca 2010

Tramwaje

Wszyscy narzekają, że tramwaje się psują. Oczywiście, że się psują. Normalne. Z tym, że aby odpowiedzieć sobie na pytanie: „czemu się psują” trzeba wiedzieć, czym są tramwaje.

Wiecie, skąd są tramwaje? Tak, dobrze, z Rosji. Tramwaje otóż rosną na Syberii. Duża plantacja jest koło Irkucka na ten przykład. Te tramwaje się kosi. Normalnie, idzie się z sierpem i się ścina tramwaj. Trzeba uważać, podchodzić tylko z sierpem, jak zetnie się kosą, to tramwaj może się psuć. Przy tym pamiętać należy o zabezpieczeniu się i wbiciu pali z fludrami, jak na wilki, dookoła tramwaju. Po wszystkim trzeba dbać o ten tramwaj, trzymać go w doniczce, każdy osobno, podlewać olejem co dziesięć lat, no, przynajmniej co osiem.

Tymczasem, w Związku Radzieckim jak to w Związku Radzieckim – wiadomo, masówka. Nie dość, że wielkie plantacje robili, to jeszcze kombajnem kosili te tramwaje. Porównajcie sobie, sierp a kombajn. Nie ma bata, tramwaje się psują, bo są źle koszone były. Po ścięciu ładowali je w snopki, ustawiali, snopowiązałką wiązali za pantografy i tak zostawiali na kilka dni, potem rozdzielali: „ten damy Polakom, ten Czechosłowakom, a ten Niemcom, niech im się psują.” No sami powiedzcie, też byście się psuli, jakby was kombajnem kosili i tak traktowali. Z tym, że człowiek nie ma jak się popsuć, a tramwaj ma pełno przekładni, wałów, osiek, co tylko dusza zapragnie.

Dlatego potem je zmodyfikowali genetycznie. Tak, tak, jeździmy zmodyfikowanymi genetycznie tramwajami. Po wielu próbach usunięto z nich kierownice, bo to kierownice się najczęściej psuły. Pokombinowali, DNA poprzestawiali i bach! Mają takie pokrętełko zamiast kierownicy. Ale i tak jest co psuć. Gdyby chociaż trzymali te tramwaje jak należy, w doniczkach, gdyby je porządnie podlewali. Ale nie, trzymają w zajezdniach, wszystkie razem, na deszczu – nie ma dziwne że się psują. I będą się psuć!

Czy z kolei gitary. Z gitarami jest podobnie. Otóż gitary rosną w Chinach. Dwa razy do roku, w kwietniu i w październiku, chłopi chińscy wychodzą z maczetami, mach-mach, gitary pościnane, ładują je wszystkie na ciężarówki i rozwożą – do Hongkongu, na Filipiny, do Malezji – tam wkładają w to przetworniki, malują i wysyłają dalej w świat, na sprzedaż. Oczywiście dotyczy to tylko elektrycznych. I ludzie myślą, że to podróbki, gówno prawda, to po prostu Rhododendron Guitarus Chinense, chińska odmiana różanecznika. Wyhodowali sobie kilka odmian: Ibanesus Vulgaris, Fenderis Telecaster, Gibsonia Esgius. Owa skądinąd bujna i pasjonująca roślinność do złudzenia swym kwiatostanem przypomina znane marki gitarowe. Stąd te pomyłki i określanie gitar podróbkami, ale sami powiedzcie, czy to się nie opłaca? No, kurwa, opłaca się, jakby mi w ogrodzie wyrosło drzewko gitarowe to też bym ścinał i sprzedawał. Choćby za pół ceny, i tak byłbym do przodu.

Jak wspominałem, to dotyczy elektrycznych. Klasyczne rosną to tu, to tam, należą jednak do innego gatunku, Passiflora Guitaria Orientale. Najlepsze rosną na południu Hiszpanii, w odmianie Alhambra. Ale wiadomo jak to jest, rejon turystyczny, gdzie ci będą na wielką skalę hodowali marakuje gitarowe, tak łatwo nie jest, tylko kilka małych plantacji. Dlatego takie to drogie, bo Passiflora ma to do siebie, że pięknie brzmi, więc od najdawniejszych czasów właśnie owej rośliny wykorzystywano do produkcji gitar. Dopiero po Andresie Segovii zaczęli produkować inne gitary, bo się instrument zrobił popularny i roślinka była bliska wyginięcia.

Następnym razem dowiecie się o tablicach szkolnych i o autobusach. Pozdrawiam.