niedziela, 1 kwietnia 2012

Dawno nic nie pojawiało się na tym niecnym blogiszczu, rzec można, pustynne krzaczki rodem z Lucky Luke'a przewijają się w tę i z powrotem. Dzisiejszy wpis będzie znowu raczej reklamą niż pełnoprawnym wpisem ale, goddammit, trochę autopromocji nie zaszkodzi.

Tworzę teraz dwa projekty, w czym jeden współtworzę. Ten współtworzony, z którego dumny jestem niesamowicie, bo jest ekspresją tradycji transcendującej na nowoczesnoći... znaczy, takie bzdury absurdalne. W formie komiksu. Bardzo zwykłego, ale istowo dobrego. Tak Bardzo Zwykły Komiks.

Drugi, to audycja w studenckim radio MORS UG. Audycja zowie się Pionierzy Ciężkiego Grania (klikniesz, trafisz na twarzoksiążkową stronę) i prezentowana jest muzyka ogólnie pojęta jako rockowa (choć nie tylko) z lat '60, '70, '80 (choć nie tylko). Zapraszam do słuchania (co prawda tylko w internetach) w środy o 20.00.

No a poza tym to krzaczki latać będą dalej, przynajmniej w najbliższym czasie. Da Swaróg, coś się zmieni.

środa, 18 stycznia 2012

Black Sun

Under the sign of Black Sun we go for tomorrow

Black Sun is shining over our realm
It shines both dark and cold

No man shall stand its lethal rays
No man shall remain alive

We go for tomorrow that is concealed
To kill and to dance on the graves
You don’t know what Black Sun will bring to you
But we know and we cheer at that.

wtorek, 10 stycznia 2012

Andrew MacLaughlin

Andrew MacLaughlin
Lat 27
Urodzony w Aberdeen
Absolwent Uniwersytetu w Glasgow
Dezerter Special Air Service
Potrzebny specjalny dozór
Lakoniczne dane. Człowiek obdarty z osobowości, ograniczony do tabel i uwag. Notatek. Utrzymany przy życiu jedynie dla zadania, które ma wykonać, a którego nikt z czystym kontem wykonać by nie mógł. Czy nie chciał, raczej. Co prawda idzie za nim obietnica wyczyszczenia kartoteki, przywrócenia na łono społeczeństwa, które jak kochająca matka przyjmie i włoży pierścień swój na palec… ile jednak są warte ich obietnice? Gdyby za każdą niedotrzymaną przez władzę obietnicę dać nowe życie wszystkim tym brzuchatym dzieciom z Afryki, nie starczyłoby miejsca na domy. Wierzyć w nie? Nie da się takiej wiary nazwać nawet naiwnością. Co jednak ma zrobić człowiek postawiony przed brakiem wyboru? Nie dokona przecież, do cholery, wyboru. Może co najwyżej czekać na wyrok, a wyrok zawsze jest ten sam, choć brzmi zazwyczaj różnie. Zawsze ma jednak ten ponury, ostateczny charakter. Nie ma różnicy, czy wykonany zostanie przez jednego człowieka, czy przez bandę psów. Czy katem będzie ktoś obcy, czy skazany. Wyrok jest wyrokiem, a z każdym dniem jego wykonanie coraz bliższe.
Kiedyś lubiłem wierzyć w różne bzdury. Ideały, wartości, cele. Jaki może być cel w życiu człowieka? Jeden jest Cel, jest to cel wspólny i w każdym przypadku zostanie osiągnięty. Choć, przyznać trzeba, różnymi środkami. Jedynym pewnikiem ten cel jest. A wartości? Śmiech. W obliczu Celu wszelkie wartości okazują się być bez znaczenia. Ideały. Kto dziś wierzy w ideały? Kto przy zdrowych zmysłach, w świecie ogarniętym żądzą władzy, żądzą starą jak ludzkość, jest w stanie z czystym sumieniem stwierdzić, że wierzy w ideały? Głupiec albo młokos. Nie byłem głupcem, nie uwierzę w to. Byłem na to za młody, co przywodzi nas do pięknej konkluzji: byłem młokosem. Młokosem, który naoglądał się za dużo filmów i naczytał za dużo książek. Tak, czytałem książki. Byłem jednym z tych, którzy powinni byli być zamknięci w klasztorze, czyż nie? Jeśli to będzie rekompensatą, piłem. Piłem niewiele, bo i głowy mocnej nie miałem. Nie lubiłem pić, piłem jednak co dzień. Nienawidziłem się za to, co robiłem pijany, nienawidziłem tego, jak się czułem następnego dnia. Na początku. Przez pierwsze dwa lata. Przez cztery kolejne nie było żadnego „następnego dnia”. Lubiłem jednak ten stan, kiedy po którejś z rzędu, z czasem coraz późniejszej, szklance litery w książce zlewały mi się w jedną masę, a ja wkraczałem do świata przedstawionego. Nie istniała rzeczywistość, w której żyć musiałem na co dzień.
W końcu jednak skończyłem. Poszedłem do wojska. Okazałem się niezły, więc po dwóch latach wzięli mnie do Specjalnych. Tam jednak nie wytrzymałem. Uciekłem po pół roku. Jaki jest sens robienia indywidualnej maszyny do zabijania, potrafiącej dać sobie radę w każdej sytuacji – a mimo to uzależnionej od dowódcy? Żyłem wtedy marzeniami, chciałem wierzyć w jednostkę, choć powoli docierało do mnie, że jednostka w tym paskudnym świecie nie znaczy nic nie dlatego, że chcą, żeby tak było, tylko dlatego, że masa, przytłaczająca masa jednostek tego chce. Pół roku w SAS wystarczyło, żebym nauczył się wystarczająco dużo do przeżycia, a nie zrobiło ze mnie idioty. Uciekłem w pełnym ekwipunku. Do Szkocji. W góry. Na początku chciałem organizować partyzantkę, siły zbrojne, cokolwiek, by utworzyć mały, niezależny kraik. Szybko połapałem się, że to bzdura. Raz – z powodu olbrzymiej siły wroga. Dwa – z powodu idiotyzmu potencjalnych współwalczących. Bo i rządzić nie chciałem, chciałem kraju, w którym każdy sam sobie byłby panem – co udać się nie mogło. Uciekałem wiec znowu. Do Kanady. Wciąż Korona, rozległy to jednak kraj i byłbym samowystarczalny. Samowystarczalny młokos, jak to brzmiało dumnie. Miałem dwadzieścia pięć lat, dwuipółroczne szkolenie wojskowe za sobą i skończone trzyletnie studia na jakimś „prestiżowym” kierunku.
Było oczywiste, że wpadnę. Wpadłem miesiąc po zakwaterowaniu się. Poszedłem do miasta, wieści mi się zachciało. Pech, że akurat na wszystkich okładkach było moje parszywe lico. Podobno złamałem kilka przepisów, coś ukradłem, kogoś zabiłem. Prawdopodobnie sporo z tego było prawdą. Na pewno ukradłem łódź, którą dopłynąłem do Grenlandii. Porwałem też samolocik na ostatni kawałek drogi. Zabiłem motocyklistę. Skąd jednak wiedzieli o wszystkim tak szybko? Nie miałem pojęcia, nie stanowiło to zresztą żadnej różnicy. Liczyły się fakty. A fakty były takie: siedziałem w jakiejś ponurej norze, bez światła, ledwo mogąc się położyć.
Miasto… dlaczego poszedłem do miasta? Bogowie, ja nienawidzę miast.  Klaustrofobia wyziera zza każdego zaułka, zza każdej przecznicy, z każdego zapyziałego rogu. Tysiące nic nie znaczących ludzi, ich szare, nieobecne twarze. Ciągły pęd i hałas, miliony barw, sprowadzających się do szarości, miliardy dźwięków, sprowadzających się do jednego, fałszywego pisku, rezonującego niesamowitym, parszywym dudnieniem. Fetor spalin, dezodorantów, perfum, gołębi, kotów, psów i szczurów. Oto czym jest miasto – zagładą dla oczu, uszu, nosa i umysłu.
Czasem jednak, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, trzeba się z ludźmi spotkać. Ot, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Niestety, nie jestem totalnym odludkiem, to się mści. Fakty przedstawiały się zatem następująco: dostałem pałą przez łeb na pierwszej stacji benzynowej, do jakiej zaszedłem i teraz siedziałem w nieznanej mi norze.
Wreszcie, chyba po kilku dniach, pojawiła się jakaś twarz. Ktoś wszedł do mojej celi i przyłożył mi w głowę.
Obudziłem się na posterunku policji, w kajdankach, przywiązany do krzesła. Byłem sam, a w pokoju panował półmrok. Kiedy poruszyłem głową, okazało się, że nie jestem sam. Przedstawili mi propozycję, klasycznie, nie do odrzucenia. Nie pamiętam już, czym dokładnie mnie złamali – rodziny nie mam i nie miałem, a przez całe życie raczej szukałem śmierci – bo i cóż warte jest życie szczura? A zwłaszcza – szczura bez stada? Tak czy inaczej – złamali mnie i wciągnęli na swoje listy, a ja miałem misję. Czy tego chciałem? Pewnie, kiedy przystępowałem do Armii, chciałem misji – ale to było dawno temu. Na tym etapie chciałem tylko kominka i pełnego barku. A jednak.
Jakiś czas później znajdowałem się po drugiej stronie Atlantyku, po drugiej stronie Równika również. W Południowej Afryce, ściślej rzecz biorąc, a dokładnie – w Johannesburgu. W slumsach Johannesburgu. Siedziałem w jakimś brudnym szałasie, sąsiadującym z tysiącem identycznych szałasów. W środku było łóżko i, hm, to w zasadzie to. Pod łóżkiem był schowek na ubranie i broń. Nie byłem jeszcze pewien, kogo mam zabić, tę informację miałem dostać później, a na razie – podejrzewano, że będę zwiedzał. Ciekaw tylko byłem, co będę zwiedzał. Do zwiedzanej części Johannesburga była jakaś godzina drogi – o ile w ogóle wydostałbym się ze slumsów. Czułem się bardziej upodlony i bardziej samotny, niż kiedy przez półtora miesiąca mieszkałem w jaskini w Grampianach. Obcy klimat, obcy ludzie i przerażający fetor miasta. Nie mogłem jednak robić nic innego, niż – czekać. 

środa, 2 listopada 2011

Fallen Magic

http://www.4shared.com/file/EaV2TDdo/Fallen_Magic.html

Nowy zbiór kawałków, zarejestrowanych w domowym zaciuszu. With a little help from my friends - lepsze teksty! Endżojujcie, jeśli chcecie!

sobota, 24 września 2011

Wakin'

Budzisz się.

Powoli otwierasz oczy.

Próbujesz się podnieść, ale nie masz siły.

W pokoju jest dość ciemno, niewiele widać - mimo to rozglądasz się leniwie. Z wolna robi się coraz jaśniej, najwyraźniej obudziłeś się tuż przed świtem. Pokój, w którym leżysz jest czerwonawy, może lekko pomarańczowy, w każdym razie, utrzymany w ciepłych barwach. W dalszym ciągu nie możesz wstać. Nie pamiętasz, co działo się wczoraj, najwyraźniej niesamowicie się zmęczyłeś, nie czujesz zupełnie ani rąk, ani nóg. Zrezygnowany zamykasz oczy i wpadasz w półsen.

Budzisz się.

Obudziła cię kropla, która spadłą ci na czoło. Chcesz ją wytrzeć, ale nie możesz podnieść ręki. Za chwilę spadła kolejna, kolejna i jeszcze jedna, i jeszcze. Czerwone. Gwałtownie otwierasz oczy. Nad tobą wisi żyrandol z czterech rąk, urwanych w łokciach. Krwawiący. Tętno skacze. Rozglądasz się nerwowo. Leżysz na łóżku z ludzkich kości, okrytym ludzką, świeżą jeszcze, skórą. Cały pokój wydaje się wyłożony ludzkimi szczątkami, wszystkie krwawiące, śliskie. Teraz już wiesz, czemu nie możesz się podnieść - twoje kończyny leżą obok łóżka. Serce wali ci jak blackmetalowa perkusja. I teraz wytężasz słuch. Słyszysz powolne, ciężkie kroki, jak wchodzenie po schodach. Zbliżają się. Zapada ciemność.

sobota, 11 czerwca 2011

NDE

He used to sit aside the road
In his blue-white-red Buick
On his backseat he held a toad
And under legs a wooden stick

He sit like that for many years
Smokin' filthy cigarettes
Lookin' at the passing life
Thinking about nothing, just

Listenin' to what crickles near,
Waitin' for what was yet to come

N.D.E.!

One night, it was about eleven
He got outside that car
Went to some bushes to do what he needed
When he heard such a strange noise

He turned his body right away
And in a dirty moon glow light
He saw this truck, he couldn't say
He just stayed there and he cried

"It could've been me, it could've been me!
It should've been me, it should've been me."

N.D.E.!

His Buick lied there cracked in halves
Engine smoke mixing with haze
The truck which crashed burning slow
And the driver screaming loud

"You bastard, why'd you park right here?
Why didn't you sit in car?
Why do I have to burn alone?
And why do you just stand and cry?"

Then the driver cut his crap
With a very nasty sound
And his soul passed away
And his body turned to ash

So our hero went back home
And prepared himself a rope
Hanged himself in the living room
For the lack of any hope

N.D.E.!

środa, 23 lutego 2011

Quetzalcoatl

Na stare piramidy wznoszą się procesje
Magowie schodzą do ponurych kazamatów
Niejedną jeszcze ląd ten obejrzy agresję
Tonie teraz we krwi z okrutnych wojen kwiatów

Na drogach kół nie uświadczysz
Za to znajdziesz na ścianach -
Wiszą wielkie kalendarze
Wieszcząc świat na kolanach

Gdy Pierzasty Wąż powróci
W smoku z białymi skrzydłami
Do swej ziemi i swych ludzi
Z potwornemi zwierzętami;

Gdy świątynie swe nawiedzi
Błogosławiąc wierny lud
Sługów swoich wynagrodzi
I pokaże, kto jest Bóg.

Gdy Pierzasty Wąż powrócił
W smoku z białymi skrzydłami
Do swej ziemi i swych ludzi
Z potwornemi zwierzętami;

Gdy świątynie swe zbezcześcił
Gdy w pień wyciął wierny lud
Ogniem sługów swych popieścił -
Rzekł, że nie jest żaden Bóg.

Bogi nowe z sobą przyniósł
Stare zniszczył w czasie burz
Śmierć na krzyżu w górę wyniósł,
Ze świątyń zabrał złoty kurz.

Na stare piramidy wznoszą się procesje
I tłumy schodzą do ponurych kazamatów
Niejedną ląd ten zdążył zobaczyc agresję -
Tonie teraz w dywanach ułożonych z kwiatów.

Bzdura.

I am a Yellow Magnetic Star which surrounds Central Green Castle of Symbolization.
My guide be Yellow Self-existing Man.

I am opened for higher dimensions... and I am passing through the borders of Imagination.
I create Beauty and Harmony wherever I show.
On my right there sits Red Galactic Wanderer
On my left there is a Blue Guiding Force.

Through my life leads me White Rhythmic Mirror.

Welcome to my world!
Play and joy together with me.
I am Four hundred and forty... and four.


To dla p. Stachurskyego - niech nagra w tej wersji, a hejterzy pokochają, bo będzie po zagramanicznemu.

środa, 16 lutego 2011

Szfjećka

Szfjećka
Płomiennorozjażająco
Skacze Jutro będzie
Dzień też był
WczoRay. Jest-er dej?

Bej-Tuhaj.

Sensu zapisane bez słowa
Marudź co nie dzień.

Grama po co?
Tyka zegar.
Orto nocą -
Grafia nie gar.

              S
         N
     E
S

                                                                            Czy jakiś
?

                                   jest <=> istnieje
                                  -----------------------
                                          ococho

środa, 29 grudnia 2010

Opo3

Gdańsk

Von Kniprode wiedział, że teraz szanse na przetrwanie są niemal równe zero. Z knowań niewiele wyszło. Owszem, na Śląsku było ciepło, nie gorąco jednak. Bulgotało, a miało wrzeć. Małopolska i Lubelszczyzna zaś co najwyżej pomrukiwały. Związane zostały trzy polskie armie, jednak dwie nacierały na świeżo uformowane i ekstatyczne państewko nad Zatoką Gdańską.

Triumwirat rozpadł się dwa dni temu, kiedy Smit i Apfelbaum (ale, cholernik, od razu wykorzystał okazję!) odcięli się od działań Armii i przygotowali do przeniesienia przedsiębiorstw. Tak przynajmniej oświadczyli Konradowi na naradzie. Pięć minut później znacjonalizowano Port Gdański i Gdańską Ropę, zaś poprzedni prezesi znaleźli się na niezwykle wygodnych stołach prosektoryjnych.

Teraz zmartwieniem była obrona. Na pochwałę zasłużyła obsada Malborka, która dosłownie anihilowała trzecią dywizję AW. Zamykając ją w zamku i wypuszczając staromodny gaz. Dzięki temu przejęto pełen sprzęt (bez piątej drużyny pancernej piątego plutonu piątej kompanii piątego batalionu piątego pułku piątej brygady trzeciej dywizji – czyli pięciu czołgów).

Obrońcy Nowego Dworu niestety takim czynem pochwalić się nie mogli. Miasto zostało zrównane z ziemią, zaś brygada piechoty – pogrzebana pod gruzami i spalona. Wyglądało to jak sygnał, informacja o losie Gdańska. Bez „chyba, że…”

Ten sam los spotkał mieszkańców i obrońców Tczewa. Kartuzy poddały się bez walki, takoż Wejherowo i Hel – mieszkańcom pozwolono na ewakuację, zaś obrońców – wymordowano. Armie rzeczpospolitej były coraz bliżej Gdańska, na wschodzie wkroczywszy już na Wyspę Sobieszewską.

Trzydziestego marca zniszczony bądź opanowany był niemal cały teren Wolnego Miasta. Niezależny został jedynie sam Gdańsk, któremu przedstawione zostało ultimatum. Do północy trzydziestego pierwszego marca niedobitki Armii Pomorze mają opuścić miasto i udać się na – oczyszczoną do gołej ziemi – Wyspę Sobieszewską, aby tam poddać się bezwarunkowo. W przeciwnym razie cały Gdańsk potraktowany zostać miał bombami zapalająco-burzącymi.

Von Kniprode nie myślał. Wzrok wbity miał przed siebie. Co chwilę przyspieszał kroku. Blade światło księżyca odbijało się w metalowych obcasach wysokich butów. Oddychał rytmicznie. Wiatr rozwiewając jego włosy i rozchylając poły skórzanego płaszcza nadawał całej postaci demoniczny wygląd. 

Rozchlapując kałuże i przecinając strugi deszczu skręcił w boczną uliczkę. Podbiegł do starych drzwi i zapukał. Drzwi uchyliły się i wszedł do środka. Przesunął rękę po czole ocierając je z wody, po czym wziął pochodnię ze ściany. Poszedł w stronę piwnicy. Zszedł po schodkach i przesuwał się wzdłuż starych beczek z winem. Na drugim końcu piwnicy znajdowały się kolejne drzwi, które wyprowadziły go na główną ulicę.

Była już późna noc, nieliczni ludzie obecni na ulicy ze strachem odsuwali się od niego. Dochodząc do rynku wysunął pistolet z rękawa. Podszedł do pomnika. Włożył lufę pistoletu w usta i nacisnął spust. Odgłos wystrzału zniknął w szumie deszczu, który jeszcze długo wypłukiwał resztki mózgu z roztrzaskanej czaszki.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Opo2

Warszawa

-To jest, *****, skandal! Na własnej piersi taką gnidę! Do rodziny go wysłałem, psia jego mać!

Marszałek Zapolski miał powody do irytacji. Już prawie dwadzieścia cztery godziny istniało „państwo” stworzone przez Wonkniprodzkiego. Czy, jak głosił komunikat, von Kniprodego. Zaś dzięki zachowawczości Prezydenta, czyli głównodowodzącego sił zbrojnych, nie mógł zareagować. A dzięki zachowawczości wszystkich „pierdolonych, tchórzliwych ***** sejmowych” mimo oczywistej wojny domowej, kraj nie był w stanie wojny. Armie stały co prawda w gotowości na granicy województwa pomorskiego („dawnego, *****, województwa!”), lecz przekroczyć jej nie mogły.

Tymczasem z kraju docierały informacje o coraz jawniej wyrażanym poparciu dla gdańskich rebeliantów. O ile Katowice i Poznań Zapolskiego nie dziwiły, to Kraków i Lublin napawały niepokojem. Armia miała jednak związane ręce. Wszystkie jednostki były zresztą dużo gorzej przygotowane do wojny i ani trochę nie fanatyczne.

Zapolski przede wszystkim nie chciał działać wbrew władzom, gdyż w ten sposób najbardziej zaszkodziłby integralności kraju. Na razie Buntownicy gdańscy opanowali fragment województwa, zaś w innych regionach było niespokojnie – gdyby jednak Marszałek Wojska Polskiego jawnie zbuntował się – nic nie powstrzymywałoby pro autonomicznych pomyleńców. A na to zapewne liczył Konrad.

Na razie wszystko co mógł robić, to miotać się po gabinecie w oczekiwaniu na decyzje prezydenta, rządku, kogokolwiek. Ogłaszanie stanu wyjątkowego należało do prerogatyw prezydenta, jednak „ten cholerny królikołap” zapewne zwoła komisję sejmową, senacką i stwierdzi, że nic się nie dzieje. No, bo w końcu działanie wbrew konstytucji i jawne niszczenie państwowości, odbieranie dostępu do morza, zamach stanu, śmierć obywateli… aż nadto powodów, żeby von Kniprode stanął przed plutonem egzekucyjnym. Nie w tym kraju, nie w tym kraju…

Wreszcie, o dziewiątej trzydzieści dwudziestego ósmego marca, marszałek Wiesław Zapolski otrzymał rozkaz spacyfikowania Gdańska. O dziesiątej trzydzieści został ogłoszony stan wyjątkowy w całym kraju. W każdym mieście wojewódzkim rozmieszczono pełną dywizję, ulice patrolowały pełne drużyny a nie, jak zwykle, dwójki. O jedenastej żołnierze trzeciej dywizji Armii Warmia wkroczyli do pustego, wydawałoby się, Malborka i zajęli zamek – tradycyjną kwaterę wojskową w mieście. Gdy ostatnia drużyna czołgów dojeżdżała do bramy wewnętrznej, most wybuchł, a trzy maszyny pogrążyły się w błocie Nogatu. O jedenastej trzynaście żołnierze drugiej dywizji Armii Warmia zniszczyli pierwsze zabudowania Nowego Dworu Gdańskiego i rozpoczęli najdłuższą bitwę tej wojny. O jedenastej siedemnaście żołnierze czwartej dywizji V Armii (Rezerwowej) napotkali opór na przedpolach Tczewa, równocześnie pierwsza dywizja tejże armii dotarła do umocnień rebeliantów w okolicy Wejherowa; trzecia dywizja zbliżała się do Kartuz, a druga wkroczyła na teren dawnego powiatu gdańskiego.

niedziela, 26 grudnia 2010

Opo1

Gdańsk

Szedł pustą i ciemną ulicą Rajską. Dość mocny, wczesnowiosenny wiatr szarpał jego długim płaszczem i miotał podartymi szarfami zwisającymi z latarń.

Szedł szybko, nie oglądając się. Mijał puste budynki z powybijanymi szybami, ledwie oświetlone dogasającymi zgliszczami baszty Jacek.

Nie zwalniając zapalił papierosa. Już było ją widać. Łunę z Długiej. Już było ją słychać. Pieśń z tysiąca gardeł. „i nikt nie będzie pluł nam w twarz…”

Skręcił w lewo i przeciskając się przez tłum podszedł pod ukoronowany i obwieszony girlandami, mieniący się wszystkimi odcieniami czerwieni posąg Neptuna.

Omiótł wzrokiem ekstatyczny tłum i olbrzymie ognisko z flag, reprodukcyj godła i innych symboli. „Jesteśmy wolni” – pomyślał.

To wszystko zaczęło się pięć lat wcześniej. Jako świeżo mianowany generał Wojska Polskiego objął dowództwo Armii Pomorze, stacjonującej w jego rodzinnym Gdańsku. Marzenie o wolnym mieście stało się nieco bliższe.

Wtedy też zaczął budować swoją pozycję i szukać sojuszników na imprezach miejskich elit. W większości znienawidzonego napływowego motłochu.

Konrad Wonkniprodzki, mimo spolonizowanej wersji nazwiska, pamięci o przodkach się nie wyzbył i od dziecka marzył o granatowym proporcu na szczycie ratusza, o wyzwoleniu miasta spod okupacji. Jakiejkolwiek.

W tym celu, gdy już miał po temu możliwość, zreorganizował Armię Pomorze, ustalił dryl oparty na kiju i marchewce (tudzież na karcerze i wódce). Rozlokował armię w całym województwie, „żeby zintensyfikować ćwiczenia i osiągnąć lepsze efekty w zakresie mobilności”. Jak dobrze, że nikt nie poszedł jego śladem. Rzeczywiście, dzięki częstym zmianom miejsca stacjonowania każda drużyna AP mogła działać niezależnie i szybko, znając całe województwo jak własną kieszeń. A dzięki dodatkowym grantom – armia Wonkniprodzkiego stała się najlepszą polską armią – a przy tym, najbardziej oddaną dowódcy.

Samo wojsko jednak, zwłaszcza jedna armia przeciw pięciu armiom Rzeczpospolitej niewiele by zdziałała. Konrad bywał więc na rautach, badając, czy jego sprawa ma jakiekolwiek poparcie.

Poparcie, szczęśliwie się znalazło. Nie takie, na jakie liczył. Przedsiębiorcy chętnie widzieliby Gdańsk jako autonomiczne miasto, miasto przy Rzeczpospolitej, jak ongiś, nie w pełni niepodległego państwa. Był to jednak dobry przyczynek do powstania.

Dwa lata po objęciu przezeń funkcji zawiązał się triumwirat: Wonkniprodzki, Smit (prezes Portu Gdańskiego) i Jabłoniowicz (właściciel przedsiębiorstwa olejowego Gdańska Ropa), którzy postawili sobie za cel przeforsowanie autonomii dla Gdańska – bądź całego Pomorza; zbudowanie jak najbardziej samodzielnej gospodarki i zapewnienie możliwie dużej niezależności.

Niezależnie, Konrad zaczął snuć plan wyzwolenia się z autonomii również. Uważał, że każda forma zależności jest dusząca i zniewalająca. Oczywistym stało się, że aby pozbyć się tej formy zależności, niedługo po uzyskaniu autonomii triumwirat będzie musiał być rozwiązany, a w kraiku nastąpić będzie musiał zamach stanu. Zaczął więc powolne, spokojne i delikatne spotkania propagandowe celem stworzenia z żołnierzy Polski żołnierzy Gdańska.

Dwa lata po zawiązaniu triumwiratu (o którym, poza zainteresowanymi, nikt nie wiedział) Centrala została poinformowana o niepodległościowych sentymentach na Pomorzu. Pierwsze doniesienia zostały zignorowane i zapomniane. Jednak pół roku później przypomniano sobie o nich w związku z zamieszkami na tle niepodległościowym w Rudzie Śląskiej, Rybniku, Wrocławiu i Opolu. Na reakcję było jednak za późno.

Za późno i w zły sposób zaczęto działania prewencyjne. Dwa miesiące przed Dniem Wyzwolenia Konrad dostał rozkaz „znalezienia i zlikwidowania przestępczych organizacji wymierzonych w integralność Rzeczpospolitej”. Dwanaście dni później zameldował o sukcesie i pokazowo rozstrzelał grupę zamachowców. Nikt nie pytał o dowody.

Spiskowcy czuli, że muszą działać jak najszybciej. Potężne lobby Jabłoniowicza zgłosiło projekt ustawy, dzielącej Polskę na pięć prowincji autonomicznych (ze stolicami w Olsztynie, Gdańsku, Szczecinie, Poznaniu i Wrocławiu) oraz osiem województw (Białystok, Płock, Toruń, Łódź, Kielce, Kraków, Rzeszów, Lublin), z Warszawą jako wydzielonym miastem stołecznym. Plan ten przewidywał ponad połowę województwa pomorskiego jako autonomiczną prowincję Pomorze Gdańskie. Jako plan ustawy miał jednak szanse być wprowadzony za rok, dwa, jeśli w ogóle. A Centrala wyczuwała zagrożenie i lada dzień mogła wysłać Armie Warmia i V Armię (Rezerwową), stacjonujące najbliżej Gdańska, celem spacyfikowania niespokojnego terenu.

Wonkniprodzki uznał więc, że musi przejąć inicjatywę i zadziałać zaskoczeniem. Miesiąc zajęły przygotowanie do bezpośredniej akcji. Należało rozlokować armię w kluczowych miejscowościach, które miały zostać włączone w teren Wolnego Miasta. Po brygadzie otrzymały Kartuzy, Tczew, Hel, Malbork, Wejherowo, Władysławowo, Sopot, Żukowo, Krynica Morska i Nowy Dwór Gdański, po dwie znalazły się w Gdyni i Pruszczu Gdańskim; sześć ustawiono na przyszłej zachodniej granicy, zaś całą dywizję umieszczono w Gdańsku.

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem dystrybucji granatowych sztandarów i opasek oraz pro gdańskich ulotek, informujących o rychłym wyzwoleniu spod okupacji i wzywających do zrzucenia jarzma, podpisanych przez nikomu nieznanego porucznika Wajsa. Telewizja Gdańska informowała o demonstracji ludu Gdańska skierowanej przeciw Polsce. W rzeczywistości wystąpienie było zorganizowane przez triumwirat – Smit i Jabłoniowicz uważali, że takie demonstracje mogą przybliżyć akceptację ustawy, nie widząc drugiego dna. Wonkniprodowi zaś dalej na rękę było działanie w porozumieniu z przedsiębiorcami – w razie niepowodzenia nie wziąłby całej odpowiedzialności na siebie.

O godzinie Z w trzynastu miastach, w których stacjonowała Armia Pomorze zdjęto polskie flagi a na ich miejsce zawieszono gdańskie, aresztując wszystkich przedstawicieli prawa Rzeczpospolitej. Przez radio i telewizję podany został komunikat o wypowiedzeniu posłuszeństwa Polsce przez Gdańsk, Sopot, Gdynię, powiaty pucki, nowodworski, malborski, gdański, kartuski bez jednej gminy i wejherowski bez trzech.

W większości miast akcja odbyła się bez przeszkód, bądź z poparciem ludności. Jedynie gdańska policja i straż miejska opanowały Stare Miasto i przez niemal godzinę stawiały czynny opór. W efekcie spłonęła baszta Jacek, kościoły św. Katarzyny i św. Mikołaja oraz Ratusz Staromiejski. Większość obrońców zginęła.

Był dwudziesty szósty marca, godzina dwudziesta trzecia. Na latarniach pozawieszano granatowe szarfy. Konrad Von Kniprode szedł przez Stare Miasto.

Szedł szybko, nie oglądając się. Mijał puste budynki z powybijanymi szybami, ledwie oświetlone dogasającymi zgliszczami baszty Jacek.

Nie zwalniając zapalił papierosa. Już było ją widać. Łunę z Długiej. Już było ją słychać. Pieśń z tysiąca gardeł. „i nikt nie będzie pluł nam w twarz…”

Skręcił w lewo i przeciskając się przez tłum podszedł pod ukoronowany i obwieszony girlandami, mieniący się wszystkimi odcieniami czerwieni posąg Neptuna.

Omiótł wzrokiem ekstatyczny tłum i olbrzymie ognisko z flag, reprodukcyj godła i innych symboli. „Jesteśmy wolni” – pomyślał.

To wszystko zaczęło się pięć lat temu. Właśnie skończyło się preludium. Właściwa symfonia miała się dopiero zacząć. Konrad von Kniprode, samozwańczy dowódca armii Wolnego Miasta Gdańska stał, oświetlany płonącymi symbolami znienawidzonego państwa, któremu ślubował wierność i zastanawiał się, jak to państwo zareaguje.

niedziela, 31 października 2010

Fuck Quality!

Fuck it. Just Fuck it.

Poniższe kawałki zostały zarejestrowane za pomocą mikrofonu kamery internetowej oraz darmowego programu Audacity. Jedno podejście z przerwą na fajkę.

http://chomikuj.pl/Morgoth_Edain/Morgoth%20Edain/Morgoth%20Edain.rar
Simply press "Pobierz Plik".

http://www.megaupload.com/?d=SK93MCK6



Danke schoen.

poniedziałek, 25 października 2010

Heil Lebniz

Coś dlaczego niż nic
Raczej nic łatwiejsze jest
coś niż?

Prostsze nic byłoby
Wszakże bytem jednak jest
coś to.

Wszystko zebrać gdyby
Bzdurą razem byłoby
cóż lecz?

Teraz tutaj począć
Mamy zewsząd i płacz
tylko krzyk.

poniedziałek, 27 września 2010

Lady Caroline

Now that's a Discovery. Velvett Fogg. The band that took place somewhere at the end of sixties. And this is a great song from their selftitled album. Lady Caroline. I'll put some lyrics for it's hard to find them out in the Web.


Oh, can't you see 
How darkened is the sky? 
Because it's cast upon my soul 
For whole eternity
What I did to Lady Caroline
After she had trusted me.

I went and took a lovely young maiden
And made her my own
In the quiet of my castle
Where I thought we were alone
And so we were but the Lady Caroline
Who came knocking on the door.

She said 'Oh Sir, who was that maiden
That I followed 'til your door?'
I said 'My dear, you are mistaken,
There is no one here but me'
But I could not snow her
For she knew what she had seen.

She burst into my room
And there upon the bed
Was the trembling young maiden
Who's face has gone quite red
And the lovely Lady Caroline
Took a knife and striked her death.

And now she waits behind the bars
On the prison in the town
Sentence to death for a murder
And t'was no one's fault but mine.
Now I will have no one...
Until the end of time.


And a little music video maybe.

poniedziałek, 20 września 2010

I'm innocent, but I'll drink 'till I'm guilty

When the last democrat will be hanged on guts of last socialist;
And when the last fascist will be beaten to death with a bone of last communist -
There will be time of Great Chaos and Pure Anarchy.

And when the last man will fall down shot by the bullet of last woman,
And when the last woman will fall down shot by the bullet of last man,
And when the last child will starve to death and will be a food to the rats -

There will be peace on Earth - Finally!

środa, 15 września 2010

Takietam

Dwa wzory koszulek, jakby ktoś reflektował. + bonus.



Zwłaszcza w ostatni warto kliknąć, bo tu nie widać napisu ;)

sobota, 3 lipca 2010

RIP

Kolejna rocznica śmierci Jima. mam nadzieję w krótkim czasie umieścić tu jego wiersz pt. "Rock is dead". A na razie - "Shaman's Blues" w wersji muzycznej.


piątek, 28 maja 2010

Luger

Co chwilę przyspieszał kroku. Blade światło księżyca odbijało się w metalowych obcasach wysokich butów. Oddychał rytmicznie, jak człowiek szkolony do biegu. Wiatr rozwiewając jego włosy i rozchylając poły skórzanego płaszcza nadawał całej postaci demoniczny wygląd.

Rozchlapując kałuże i przecinając strugi deszczu skręcił w boczną uliczkę. Podbiegł do starych drzwi i zapukał. Drzwi uchyliły się i wszedł do środka. Przesunął rękę po czole ocierając je z wody, po czym wziął pochodnię ze ściany. Poszedł w stronę piwnicy. Zszedł po schodkach i przesuwał się wzdłuż starych beczek z winem. Na drugim końcu piwnicy znajdowały się kolejne drzwi, które wyprowadziły go na główną ulicę.

Była już późna noc, nieliczni ludzie obecni na ulicy ze strachem odsuwali się od niego. Dochodząc do rynku wysunął Lugera z rękawa. Podszedł do pomnika. Włożył lufę pistoletu w usta i nacisnął spust. Odgłos wystrzału zniknął w szumie deszczu, który jeszcze długo wypłukiwał resztki mózgu z roztrzaskanej czaszki.